Znacie to uczucie, gdy macie już dość czytania szkolnych lektur i innych bardziej angażujących powieści i macie ochotę na coś wciągającego z rwącą akcją i ciekawym światem? Właśnie to skłoniło mnie, by sięgnąć po tę książkę. To, a także fakt, że chciałam sobie zająć czymś czas i rozluźnić się. I właśnie to sprawiło, że stałam się więźniem tej książki na kilka dobrych godzin.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że Więzień labiryntu pochłonął mnie już od pierwszych stron, bo tak nie było. Kilka pierwszych rozdziałów dosłownie kłuło mnie w oczy, nie byłam przekonana do tej książki i chciałam ją czym prędzej odłożyć na półkę. Cieszę się, że jednak tego nie zrobiłam, bo od mniej więcej 50 strony zaczęłam się wciągać, a gdy byłam na 120, to już totalnie nie mogłam się oderwać i spędziłam na jej czytaniu cały dzień - tak bardzo chciałam poznać dalsze losy bohaterów. Wciągnęła mnie do swojego świata niczym czarna dziura, z której nie ma ucieczki i nie wypuściła, dopóki nie przewróciłam ostatniej strony.
Świat wykreowany przez Jamesa Dashnera może nie jest szczytem oryginalności, bo występuje tu naprawdę sporo schematów, powtarzających się w młodzieżówkach. Między innymi grupka młodych ludzi w sytuacji bez wyjścia i główny bohater, który okazuje się być kimś wyjątkowy. Nowością dla mnie jest jednak idea labiryntu i zamieszkujących go Bóldożerców, więc to nie jest tak, że nie ma tu zupełnie nic odkrywczego.
Bohaterowie, jak wspominałam wcześniej, są dosyć przewidywalni i schematyczni. Mamy grupkę ludzi, w której każdy ma jakieś miejsce w utworzonej hierarchii, mamy ich przywódcę, a także kilka czarnych charakterów, którzy zawsze robią coś nie tak. Oczywiście jest też główny bohater, którego pojawienie się wywraca cały dotychczasowy porządek do góry nogami, a nawet pewna tajemnicza dziewczyna. Ogromnym plusem jest jednak to, że bohaterowie zupełnie nic nie pamiętają ze swojego życia sprzed labiryntu. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak żyli, jaka była ich rodzina, a nawet kim sami byli. Jedyną rzeczą, która nie tonie w głębi podświadomości jest ich imię, które jakimś cudem pamiętają. Jeśli chodzi o mój stosunek do nich, to mimo całego schematu znalazły się postacie, do których zapałałam sympatią. Jedną z nich jest Chuck, którego niewyparzona buzia była naprawdę przezabawna.
James Dashner pisze dosyć specyficznie. Wymyślił też sporo nowych dla nas słów, którymi posługują się mieszkańcy Strefy, co nadaje książce niepowtarzalnego klimatu. Czyta się jednak naprawdę błyskawicznie. Pierwsze 100 stron jest wprowadzeniem czytelnika do nowego świata. Natomiast dalsza część, gdzie akcja gna niczym wicher i nie daje chwili wytchnienia, podobała mi się zdecydowanie bardziej. Działo się, oj działo. Autor nie szczędzi nam zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań, dzięki czemu książka nie jest nudna ani przez chwilę.
Zakończenie książki pozostawia naprawdę intrygujące możliwości na rozwinięcie tej historii w kolejnym tomie, którego jestem niezmiernie ciekawa. Słyszałam jednak mnóstwo opinii, że poziom w kolejnych częściach znacznie spada, co nie do końca zachęca do lektury. Dlatego też muszę się zastanowić, czy sięgać po następne części, czy pozostać na pierwszej. Chociaż, szczerze mówiąc, ciekawość pewnie zwycięży i przeczytam je, bo nie mogę się doczekać dalszych wydarzeń.
Podsumowując, Więzień labiryntu zdecydowanie pozytywnie mnie zaskoczył. Spędziłam z nim niezmiernie ciekawie i fascynująco czas i ani chwilę się nie nudziłam. James Dashner zabrał mnie w niezapomnianą podróż swoją opowieścią. Zdecydowanie polecam Wam tę książkę, bo, mimo że nie wniesie nic szczególnego do Waszego życia, to bez wątpienia nada mu barw. Tylko ostrzegam, że gdy już ją zaczniesz, to staniesz się jej więźniem na kilka dobrych godzin.
"- Jasna cholera, boję się.
- Jasna cholera, jesteś tylko człowiekiem. Powinieneś się bać."
Więzień labiryntu | James Dashner | 421 stron | Wydawnictwo Papierowy Księżyc
Moja ocena:
★★★★✩
Pomóżcie mi podjąć decyzję: sięgać po kolejne tomy, czy nie warto?
Iza xx